25 marca 2013

Felieton. O drelicharzu i zasłużonym dla gminy profesorze - odpowiedź niepokornego


W marcowych „ Nowinach Andrychowskich” ukazał się artykuł autorstwa Pani Marii Skrzypiec i Pana Andrzeja Frysia pt. „Kilka uwag o <andrychowskim drelicharzu>”. W tekście jest kilka wątków, które być może doczekają się osobnych komentarzy. Chciałbym się teraz odnieść tylko do tych, w których wywołano moją osobę. Przy okazji mojego stosunku do drelicharza jako symbolu Andrychowa, autorzy nazwali mnie „niepokornym” w cudzysłowie. Przyznam, że ten cudzysłów mnie zabolał, zwłaszcza z ust (piór) osób, które w nieodległej jeszcze przeszłości przyklaskiwały jedynie słusznej partyjnej linii. Niepokornym byłem od zawsze, ale tylko tam, gdzie działa się komuś krzywda lub też przekraczano normy współżycia społecznego. Dziwię się, że ludzie z tak bogatym bagażem doświadczeń życiowych i społecznych tego nie rozumieją. 
Jaka jest geneza mojej niechęci do drelicharza? Chodzi o to, że  stworzono ten symbol Andrychowa bez żadnych konsultacji z Radą Miejską. Pewnego dnia Tomasz Żak tak ni z gruszki ni z pietruszki wręczył pierwszą statuetkę mówiąc, że „to taki symbol Andrychowa”. Tymczasem potęgę Andrychowa budowali nie domokrążcy, ale rzemieślnicy a potem przedstawiciele przemysłu włókienniczego i metalowego. Tworzyli ją ludzie o różnych poglądach, którzy mimo  to potrafili wspólnie pracować i mieszkać obok siebie w zgodzie. 



Dla mnie, niech sobie ten drelicharz w ludzkiej pamięci funkcjonuje i chwała badaczom historii Andrychowa, którzy przedstawiają różne oblicza naszych lokalnych dziejów. Z uznaniem też odnoszę się do ogromnej pracy członków Towarzystwa Miłośników Andrychowa, którzy stworzyli grę planszową „Chłopska Szkoła Biznesu”. Gratuluję, ponieważ nikomu do tej pory wpaść na tak dobry pomysł się nie udało. Zastanawia mnie inna rzecz. Odnoszę wrażenie, że niektórzy ludzie nie mogą wyzwolić się z myślenia  przez pryzmat ideologii. Obsesyjna niechęć do wszystkiego, co prawicowe, przesłania merytoryczne widzenie świata. Zgodnie z zasadą „co nie z lewa, to się olewa”. Trochę obiektywizmu, tolerancji lub zwykłej empatii poproszę! Nie widzę żadnego uzasadnienia dla tego, aby teraz w 2013 roku szczuć andrychowian przeciwko sobie z ideologicznych powodów.




Autorzy artykułu w Nowinach piszą, że przejawiam niechęć do postaci drelicharza przez pryzmat  niechęci do prof. Kulczykowskiego, badacza historii m.in. Andrychowa. To prawda, że profesor Mariusz Kulczykowski nie jest moim idolem ze względu na jego przeszłość. Bzdurą jest jednak zakładanie, że wszystko, co opisał ten historyk, jest mi obce!


Nie przeczę, że nie byłem zwolennikiem nadania M. Kulczykowskiemu tytułu „Zasłużony dla Gminy Andrychów” (który i tak otrzymał w 2011 roku) i nie podpisałem się pod takim wnioskiem podobnie jak dziewięciu innych radnych. We wniosku tym nie znalazła się bowiem informacja, że kandydat był w przeszłości I Sekretarzem Komitetu Uczelnianego PZPR (Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej) oraz tzw. docentem marcowym. Dlaczego autorzy wniosku nie ujęli tych informacji? Jeśli to nic zdrożnego, należało uczciwie o tym napisać. Chyba, że inicjatorzy tej akcji sami mieli wątpliwości?



Kim byli marcowi docenci? W Wikipedii znajdziemy taką definicję: „potoczne, negatywne określenie doktorów piastujących stanowiska adiunkta na wyższych uczelniach, którzy po wydarzeniach Marca 1968 zostali mianowani docentami, mimo że nie posiadali stopnia doktora habilitowanego. Było to możliwe dzięki uchwalonej zmianie w ustawie o szkolnictwie wyższym i stopniach naukowych. Kadra naukowa złożona z takich ludzi często nie miała odpowiedniego wykształcenia i przygotowania, pochodziła z nadania partyjnego (m.in. poprzez wysuwanie kandydatur na te stanowiska przez komitety uczelniane PZPR).” (http://pl.wikipedia.org/wiki/Marcowy_docent )




Nazwisko Mariusza Kulczykowskiego pojawia się m.in. w „Historii nauki w PRL” Tadeusza Pawła Rutkowskiego (UW). Zacytujmy fragmencik:


„Istotnym elementem polityki władz wobec nauki po marcu 1968 r. były nominacje na stanowiska docenta osób bez habilitacji, czyli tzw. docentów marcowych. W naukach historycznych liczba takich nominacji była stosunkowo niewielka – otrzymali je m.in.: Alina Barszczewska-Krupa (UŁ), Andrzej Garlicki (UW), Władysław Lewandowski (UMK), Mariusz Kulczykowski (UJ), Józef Morzy (UAM), Mieczysław Pater (UWr), A. Pilch (UJ), Władysław A. Serczyk (UJ), Józef Śmiałowski (UŁ) i Barbara Wachowska (UŁ). (...) Polityka władz PZPR w stosunku do nauki historycznej w latach 1956–1970 doprowadziła do znacznego wzrostu liczby uczonych zajmujących się historią najnowszą, kosztem badaczy innych epok, zwłaszcza średniowiecza. W ślad za tym szła duża liczba publikacji z tego okresu, których wartość naukowa była przeważnie bardzo niska – szacunkowo można ocenić, że wartość naukową do dziś zachowało najwyżej kilkanaście pozycji monograficznych z zakresu historii najnowszej wydanych w latach sześćdziesiątych. (...)” ( http://lustronauki.wordpress.com/category/poczet-docentow-marcowych/)

Nie przytaczam tych danych po to, aby dyskredytować osobę prof. Mariusza Kulczykowskiego. Piszę o tym sprowokowany przez autorów artykułu w Nowinach Andrychowskich, którzy najwyraźniej upubliczniają tylko to, co im pasuje, a milczą o rzeczach dla siebie niewygodnych. 




A tak na marginesie. Pan Andrzej Fryś zarzuca mi, że wylewam łzy za bobrem. Owszem jest mi żal, że nie jest maskotką gminy. Bo właśnie maskotką, a nie symbolem Andrychowa miał być bóbr. I jako taki został już przez dzieci i dorosłych zaakceptowany kilka lat temu. Przyjdzie jeszcze pora, że bóbr powstanie i pomacha swoim prześladowcom pluszową łapką na pożegnanie:)


LinkWithin